nawet drzewa twardnieja by przezyc…
ciezko bylo.
troszke sie pozmienialo od ostatniej notki.
zacznijmy jednak od poczatku.
jak juz wielokrotnie sie przekonalem aby zepsuc cos co bylo dobre wystarczy zaproszenie na duza impreze.
Jednego moge byc pewien, slub P. i M. byl najbardziej przegadanym slubem ever.
gadalismy z R. o wszystkim.
o nas, o przeszlosci, o przyszlosci, byle sie tylko nie zaczac razem bawic.
z Dwojka i jego zona przegadalismy dwie godziny o przemianach spolecznych w krajach bylych blokow socjalistycznych, spierajac sie o przyszlosc kuby i bialorusi..
Slub byl piekny… kilka znajomych par bylo zawiedzionych, bo P i M tak podniesli poprzeczke ze trudno bedzie ich przebic ![]()
co dalej?
wiem ze nikt nie dawal zadnych szans, ale milo bylo sie spotkac z osoba, ktora patrzy na swiat z podobnej perspektywy.
Wiem poof.. moze i bylem druchem druzynowym ;P ale R. byla jedyna osoba, ktora zapytala sie jak sie czcuje w kraju gdzie bohaterow walki z systemem traktuje sie jak zdrajcow.
Wiem ze jestem dziwny, ale cenie w niej to ze wie co to KOR, ze zapytala sie czy bylem na grobie Kuronia po atakach na niego. ze potrafilismy gadac o czyms innym niz klopoty z przejeciem BPH, o poziomie trudnosci kursu na bieglego rewidenta, czy o kosztach wynajmu sali na wesele.
kocham cala moja kompanie… z nikim mi sie tak dobrze nie bawi jak z ta banda chlorow.
(jeszcze mnie lamie po sobotniej imprezce.. jednak srodek pazdziernika nie jest juz pora na spanie na podlodze pod kolderka z losia.. ![]()
uwielbiam to ze moge sie przy nich wyluzowac, kazdy po kazdym jezdzi i o nic sie nie martwi.
doskonale wiem ze R. by sie w tym towarzystwie nie odnalazla, bo za duzo wodki, za malo powietrza, bo nikt nie odbije pilki na haslo ‘jaja w kraju nie wyjete’.
nie przeskoczymy tego.
widac pozostanie mi spotykanie sie z wiara w weekendy, a z R. na kawke i trzy papierosy w Daily. ‘w sobote wyborowa, we wtorek gombrowicz’.
nie mozna miec wszystkiego.
na pocieszenie dostalem na imieniny buteleczke swietnej szkockiej.
na imprezie kolega Chorwat opowiadal jak sie znalazl w Polsce.
opowiadal o czystkach, wysadzaniu domow… rano miedzy soba niektorzy dyskutowali ile w tym bylo faktow, a ja przypominalem sobie, jak jednego dnia lezelismy z rodzina na plazy nad morzem czarnym, a drugiego dnia do naszego hotelu przybywali ranni uchodzcy, bo na plazy 10km dalej wojskowy smiglowiec otworzyl ogien do ludzi.
nie zapomne tych wakacji.
wrocilem na uczelnie. 9-15 praca, potem do 20.30 uczelnia.
koszmarne zmeczenie materialu. po wydarzeniach ostatniego miesiaca i pierwszych dwoch tygodniach stracilem wszystkie sily.
znajomi juz mowia ze jestem robotem, a ja wiem ze moze byc jeszcze ciezej.
w srode powinienem pojawic sie na cwiczeniach, ale wracajac z zamowionym jedzeniem do firmy stanalem na przejsciu dla pieszych i patrzac na pedzacy samochod zaczalem sie zastanawiac jak daleko by mnie odrzucilo gdybym teraz zrobil ten krok. i w ramach sprawdzenia bylem gotow ten krok zrobic.
przez jakies 5 sekund wylaczylem siebie jako Czlowieka, a bylem jedynie jednym z miliardow elementow w zbiorze istot zywych.
nie chcialem sie zabic bo meczy mnie zycie, pies gryzie moje kapcie, a w lotto mi nie idzie.
bylem gotowy sie poswiecic aby sprawdzic dzialanie praw mechaniki, nie przyjmujac ze i tak bym nie poznal wyniku doswiadczenia.
wrocilem do pracy, zjadlem, pojechalem na chwile na uczelnie, wrocilem do domu i przespalem caly wieczor i noc. rano bylo lepiej.
dzis rano mialem mila niespodzianke… kurier przywiozl mi do firmy zapomniana przesylke… 6 nowych epizodow Ghost In The Shell… i Ksiege Magii - Neila Gaimana… a w domu jeszcze nowy odcinek Oficerow, Desperate Housewives…
jutro znow bede niewyspany.
song:
Swiadectwo - Jacek Kaczmarski (”Swiadectwo”)