War Journal


Załoga Czerwonego Szerszenia melduje.

Posted in życie by kane on the April 6th, 2008

Czołem!
Cisza w eterze wcale nie oznacza lenistwa, a jedynie to że ktoś eter wypił.
Cały tydzień wypełniony był pracą, w której ze względów bezpieczeństwa nie mamy wolnego Internetu (szybkiego też nie stwierdzono).
Tak więc pozostawała łączność bezprzewodowa w naszym ulubionym hotelu.. która przez trzy ostatnie dni pobytu również odmówiła współpracy.
Tak więc wicie-rozumicie trzeba było pracować i jeść.

Dnia wczorajszego, w godzinach porannych, przeprowadziliśmy się wreszcie do naszego apartamentu.
Leży on w dość spokojnej części wyspy, morderstw jeszcze w kwietniu nie było, kradzieże odbywają się w dni nieparzyste, a gwałty zawsze po dwudziestej pierwszej.
Ale za to do sklepu jest blisko, a basen przed domem kusi.
Niestety widziano wczoraj stado niemieckich wielorybów, tak więc we wtorek obiecali dowieźć trochę wody.

Pamiętacie jak zachwycałem się delfinami?
Dziś pojechaliśmy z ekipą na plażę… z plaży nic nie wyszło, bo właśnie rozłożyliśmy ręczniki, panie zaczęły ściągać koszulki, panowie zaczęli prężyć obiektywy, kiedy podszedł do nas kolo prosto z Jamajki i powiedział że za 600 rupii (60zł) zabierze nas na 3 godziny na ocean, za rafę na pływanie.
Jako że student groszem nie śmierdzi, poszło za 250 rupii za osobę.
Tutaj przyda się fragment Koterskiego, ten z ‘dzizas, k*** ja p****’.
Zerknijcie na zdjęcia.
Widoki są tak fantastyczne, rafa tak boska, ryb i żyjątek jest tyle…że mowę odbiera.
To już nie jeden delfin, ale ławice ryb.. płynące do Ciebie lub ukrywające się w rafie.
Mureny, ryby trąbki, ryby księżyce, rybitwy i nemo.
Tak więc po wszystkim poszliśmy na obiad.. na który za 30zł zjadłem pełen talerz kalmarów po kreolsku.

A potem już naszym Czerwonym Szerszeniem wróciliśmy do domu.
Jeżeli nadal nie wiecie co to te to to powiem, że Czerwony Szerszeń to lądowa wersja Orzeła 7.
Ma równie boskie przyspieszenie, również najlepiej działa przy zamkniętych szybach i równie mocno wali z rury przy niebiańskim przyspieszeniu 23sek do setki.

Ok.. to Nissan Micra.. z silnikiem 1.0. W sumie nie wiemy czy na 100% 1.0 ale włączenie klimatyzacji powoduje skok obrotów o 400.. co sugeruje, że na więcej nie można liczyć ;)
Jedynym co powstrzymuje nas przed otwarciem maski i sprawdzeniem silnika, jest fakt że boimy się tam znaleźć trójki Chińczyków.

Oczywiście najważniejsze jest, że pojazd jeździ, ma klime i przewiezie dwóch rosłych facetów i skrzynkę piwa…

Co dalej.
Z niepokojem obserwuję zmniejszający się poziom mojej frankofobii.
Jeszcze dwa tygodnie w otoczeniu tych przemiłych ludzi i zacznę się uczyć francuskiego…
Sama wyspa natomiast pokazała nam jak obok luksusowego osiedla może stać zamieszkany dom bez dachu.
Ludzie nadal są przemili i to że w mieszkaniu mamy pięć mrowisk w ścianach o których nam nie powiedziano jest z pewnością wyłącznie przeoczeniem.
Tak więc całą żywność trzeba trzymać w lodówce.. ma to swoje zalety. Nie szukasz na przykład wymówki aby iść po kolejne piwo.
Wiecie,
-hej Marcin.. idę napić się soku… przynieść Ci piwo?
lub
-hej Michał.. pójdę sprawdzić czy chleb nie jest za twardy, chcesz piwo?

Tak więc nie narzekamy i z pewną taką niecierpliwością czekamy na jutrzejszy świąteczny poniedziałek, na który zaplanowaliśmy małe party w naszym lokum.
Piwo, rum, cytryny, pomarancze i banany już są.
Będzie dobrze.

Na koniec pragnę Wam pokazać miejsce z którego do Was piszę.
taras
Gorąco Was ściskam.
Pierwszy Pilot Czerwonego Szerszenia.

Mauritius, notka pierwsza.

Posted in miejsca, życie by kane on the April 1st, 2008

tak więc właśnie mija tydzień jak jestem na wyspie.

Podróż:
dzięki koledze, który okazał się starym wygą lotniczym i odwiedził stronę www.seatguru.com mieliśmy całkiem luksusowe miejsca (górny pokład Jumbo Jeta jest całkiem znośny podczas 12godzinnego lotu, podczas gdy pokład dolny po goszczeniu niemieckich i francuskich turystów po kilku godzinach wygląda równie kolorowo co stadion amerykański podczas super bowl)
Oczywiście trafiliśmy na porę ostatnich cyklonów co odczuliśmy zarówno podczas lotu jak i po wylądowaniu.

oczywiście już od początku żabojady dowalały do pieca, bo przerastało ich policzenie pasażerów, ale powiedzmy że zrewanżowali się odpowiednią ilością wina.

Jumbo na wyższym pokładzie ma super przemyślane schowki, tak że możesz mieć rzeczy pod ręką bez konieczności wstawania do górnego schowka.
pomysł fantastyczny… ale tą płaską powierzchnię wykorzystały dwa młode związki heteroseksualne aby położyć na nich swoje kochane i długo wyczekiwane dary od Boga.
tak więc po rozłożeniu fotela do snu narząd głosowy rozwrzeszczanego bachora był 15 cm od mojego ucha.
w sumie zaliczyliśmy koło 30godzin bez snu…
tak trzymać.

pierwszego dnia na szczęście obyło się bez przemęczania w biurze, bowiem cały budynek został ewakuowany z racji nadchodzącego cyklony jakieś pięć minut po naszym przybyciu.
tak więc można było spokojnie odespać.

zakwaterowano nas chwilowo w jedynym hotelu w mieście do którego zapuszczają się zagraniczni biznesmeni nie będący nowożeńcami.. lub szejkami.
pokój składa się z gigantycznego łózka, gigantycznej kabiny prysznicowej, stolika na ścianie na którym mieści się laptop (ale bez stacji dokującej) lub kieliszki z winem i coś jeszcze…
wyraźny sygnał że nikt na tą wyspę nie przyjeżdża sam ;)

Okazało się, że Wielcy Znani Designerzy Rządzący Modą, mają fabryki na Mauritiusie.. (chodzi tu oczywiście o słynną z wysokiej jakości lokalną bawełnę, a nie bezduszne wykorzystywanie miejscowej siły roboczej)
Tak więc kupując dwie pary eleganckich spodni, kilka koszul i pasek.. wydałem coś koło 400zł.
(dla porównania cen usług i produktów… taniej jest kupić nową koszulę [ok.. niekoniecznie D&G ale super jakości] niż oddać starą do prania w hotelu)

jak sami widzicie ceny mogą być uznane za ‘przystępne’, jeżeli czegoś jestem pewien to tego że już nie skuszę się w Polsce w knajpach na owoce morzą. i niech to będzie czwartek i dostawa prosto z Okęcia.. to nie to.
tylko sushi jeszcze w Polsce można jeść :)

Wyspa jest bajeczna, ale pełna dziwnych rzeczy.
stolica wydaje się być kompletnie wymarłym miastem po godzinie 18.
dlatego już wiemy, że na zakupy wychodzi się w porze lunchu.. w największym skwarze, ale jest to jedyna możliwość kupienia czegokolwiek. nawet na bulwarach o godzinie 20 czynne są tylko większe knajpy.

Sobotę spędziliśmy na szukaniu mieszkania.
ponieważ minimum to trzy sypialnie w mieszkaniu to musieliśmy od tego zacząć i pogodzić się z marnowaniem metrażu (jest nas dwóch)

usiądźcie.

za standardowe mieszkanie.. +-80-120 metrów.. lub za trzy poziomowy dom (160m) każdy z trzema klimatyzowanymi sypialniami, dwoma, trzema lazienkami, zawsze wpelni wyposażony w AGD i RTV… basenem osiedlowym (zobaczcie na zdjeciach jak wyglądają takie baseny), osobą do sprzątania dwa razy w tygodniu, ochroną 24/7…
płacimy średnio 2,5 - 3 tysiące złotych.
wspomniałem że z takiego apartamentu jest zazwyczaj dwieście metrów do oceanu?
no to wspominam…

ocean jest boski…
ponieważ potraktowaliśmy tą wyprawę po mieszkanie jako business trip to nie wzięliśmy np kąpielówek… ale jak zobaczyliśmy ocean to uznaliśmy że pora odwiedzić sklep .. i po pięciu minutach byliśmy w wodzie.

oczywiście są pewne minusy…
mimo tego że Mauritius jest dużo bliżej Afryki niż Indii, to widać że ludność z kontynentu azjatyckiego jest tu dużo częściej spotykana.
kłopotem więc było znalezienie butów o rozmiarze 46 (o 47 nie mówię) lub spodenek 38.
koszule?
wchodzisz do sklepu zajmującego się sprzedażą wyłącznie koszul i widzisz dwieście modeli… ale kiedy pytasz się o XL.. możesz wybierać spośród czterech. chyba ze poczekasz dwa tygodnie.

next…
nie można zwyczajnie podpisać rachunku w restauracji… tylko RAZ zdarzyło nam się że rachunek odpowiadał zamówieniu.. a tak to zawsze przypadkowo podwoją ilość piwa, dopiszą startery, czy dadzą dwa dania.

i na koniec…
zamawiać wyłącznie to co jest w karcie. z ceną.
poprosiłem w zarekomendowanej restauracji Long Island Ice Tea (ktorego nie bylo w karcie, ale uznałem ze Longa kazdy barman zrobi).. niestety barman nie umiał zrobić.. więc do kolacji za 20zł zamówiłem drinka za 10zł.. kiedy przyszła pora na drugiego, kelner przyszedł i powiedział ze jest drugi barman i może zrobić mi drinka… poprosiłem wiec.
przy płaceniu rachunku okazało sie ze na rachunku nie ma Longa.. ale jest cos innego za sume dwóch dan.
przyzwyczajeni do tych ‘pomyłek’ poszliśmy do kelnera… i dowiedzieliśmy sie ze to właśnie… jest moj drink..
pierwszy raz piłem drinka który ceną przewyższał obfitą kolację którą właśnie zjadłem.

PS.
NIC nie przebije czegoś co dziś widziałem i słyszałem…
szliśmy wzdłuż plaży kiedy spod palmy usłyszałem muzykę… grupka czarnoskórej młodzieży siedziała z gitarami i grala…
Redemption Song…
song:

Bob Marley - Redemption Song

panorama